Kilka lat temu odbył się pewien pojedynek. W miejscu każdemu dobrze znanym. Wzięły w nim udział 2 osoby. Nie było drużyn. Była tylko przeszłość, która wstrzymywała potyczki, linia, która stała między nimi dwoma, pewien dystans. Nie można było go przekroczyć, przynajmniej tak brzmiała zasada. A trzymanie się zasad, do niczego ich nie doprowadzało. Jedno uderzenie, drugie, trzecie, raz jeden zawodnik, raz drugi. Od pojedynku poprzez walkę, aż do wojny. Wojny dwóch serc, tysiąca uczuć, miliona myśli. Od płaczu poprzez czekanie, aż do nadziei. Przecież zaraz trzeba się zbierać, już czas, a nadal nie wiadomo kto wygra, jest remis, a tajemnica w dalszym ciągu wisi w powietrzu. O, widzę sędzię. Mówi, że na dzisiaj koniec, piękna walka, którą trzeba powtórzyć, koniecznie dokończyć, innym razem. Wyrozumiały gość. Nic dziwnego, że ma na imię czas.
Doszłam do wniosku, że w życiu trzeba walczyć o to, co się czuje, a nie o to co wypada. Do utraty tchu.

















